Mandaryn

Wiele lat temu chorowałem. Szukając pomocy spotkałem człowieka, który miał opinię bioenergoterapeuty i znachora. Rzeczywiście zdiagnozował moje dolegliwości, ale nie był w stanie mnie wyleczyć. Okazało się jednak wkrótce, że miał on wpływ na całe moje życie.

Spotykaliśmy się dość często bo mieszkał w pobliżu, a określał się jako osoba niewierząca w Boga, ale zainteresowana filozofiami wschodu. Nazywali go „Mandaryn”.

Wychowałem się w rodzinie pobożnych (tak, to dobre określenie) katolików. Wiara był dla mnie do pewnego wieku ważna, ale im bardziej dorastałem, zainteresowanie religią słabło. Miałem własne pomysły na życie i na pewno nie konsultowałem ich na „poziomie nieba”. Kilka razy w roku spełniałem swe powinności religijne – czyli chodziłem do kościoła i moje życie duchowe podnosiło się na kilka chwil o kilka milimetrów.

Pewnego dnia „Mandaryn” przyszedł wieczorem bardzo poważny i zapytał mnie czy wiem, że Pan Jezus umarł za mnie na krzyżu?

– Cóż za pytanie – odpowiedziałem trochę poirytowany. Oczywiście, że WIEM, wiem dużo więcej – chodziłem na religię, byłem nawet ministrantem, więc w tej dziedzinie posiadam sporą wiedzę.

– Skąd u ciebie takie zainteresowania? – tym razem ja zapytałem, przecież uważasz się za niewierzącego.

Odparł, że zastanawiał się nad sprawami duchowymi wiele razy i czytając dużo, czytał też Biblię. Tam właśnie znalazł odpowiedź na wiele swoich pytań i dylematów.

– Ach, to wszystko dla mnie jasne – skonstatowałem.

„Mandaryn” zrozumiał teraz to, o czym ja WIEM od dawna. Można powiedzieć – od urodzenia. Zafascynowała go religia chrześcijańska, bo dopiero ją odkrył.

Ale to była tylko maleńka część prawdy.

„Mandaryn” od tego czasu przychodził do naszego domu niemal codziennie. Codziennie też opowiadał o swoim nowym zainteresowaniu. Stawało się to dość nieznośne.

Ponieważ w tym czasie byłem taksówkarzem, decydowałem, że kiedy on wchodził do naszego mieszkania, to ja akurat wychodziłem do pracy. Zostawiałem go z moją żoną Anią, która nie miała takiej wygodnej wymówki.

Jednak mając sporo czasu na postojach, zacząłem się zastanawiać nad wieloma „kwestiami egzystencjalnymi”, które inspirowały rozmowy z „Mandarynem”

A moje myślenie wyglądało mniej więcej tak:

– Wierzę w istnienie Boga, choć nie rozumiem wiele,

– Mam jedynie znajomość kilku reguł z katechizmu. (np.  ”Bóg  jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza a za złe karze”)

– Wierzę, że dwa tysiące lat temu żył człowiek?, Bóg? – Jezus

– Znam jak większość ludzi w naszej kulturze, Jego historię zakończoną haniebnie na Golgocie i przyjmuję, choć nie bardzo rozumiem jak to było i po co, że po śmierci wstał z martwych.

Jak już wspomniałem sporo WIEDZIAŁEM, ale czy o wiedzę w tym wszystkim chodzi?

Któregoś dnia uświadomiłem sobie, że Jezus przyszedł na ziemię w celu odkupienia nie całej ludzkości, jak najczęściej słyszałem, ale w celu odkupienia mnie.

„Zejście” mojego myślenia z poziomu ogólnego do szczegółowego – dotyczącego mojej osoby, pobudziło do następnych bardzo ważnych pytań.

Jeśli ktoś oddał swe życie za mnie, (zrozumiałem, już że śmierć Jezusa była zastępczą śmiercią za winnego człowieka) to czy gdyby to się stało dziś, jak zachowałbym się po takim wydarzeniu?

Wyobraziłem sobie taka scenę:

Jestem skazańcem siedzącym w ostatnią przed egzekucją noc, w więzieniu. Nie śpię a myśli kłębią się. Boję się.

Wtem drzwi mojej celi się otwierają i staje w nich strażnik.

Więc to już – teraz – koniec. Nie ma ratunku. Nic nie mogę zrobić? Patrzę z przerażeniem na strażnika.

– Wychodź – pada głośne polecenie.

– Nie, nie, nie chcę –  krzyczę równie głośno.

– Wychodź – JESTEŚ WOLNY – oznajmia poirytowany strażnik

Z wielkim drżeniem pytam niedowierzając.

-To prawda? Jak to się stało? Dlaczego?

– Znalazł się ktoś inny, kto sam się zgłosił i zgodził się umrzeć tą śmiercią, na którą ty zostałeś skazany w zamian za ciebie.

Ten obraz był tak mocny, że nie można było o nim zapomnieć. Przeciwnie rodził on moje następne, ważne choć oczywiste pytania.

Fakt jest taki, że uratowałem swe życie, kosztem innego niewinnego człowieka.

– Czy mogę i czy powinienem żyć nadal tak jakby się nic nie stało?

– Czy śmierć tego człowieka mnie obchodzi?

Jeśli tak, to co powinienem zrobić?

Odpowiedzi nasuwały się same.

Jeśli wierzę, że Jezus jest tą osobą, która zgodziła się ponieść karę śmierci za mnie, to nie mogę przejść obok tego obojętnie. To musi rodzić jakąś diametralną zmianę w mym dotychczasowym życiu.

Ale co mogę zrobić?

W takim momencie mojej (można to nazwać) „świadomości winy i wykupienia od kary” pojawił się znowu „Mandaryn”. Tym razem nie myślałem już aby jak najszybciej wyjść z domu. Teraz powiedziałem mu o swych przemyśleniach i konkluzji – co powinienem zrobić.

Uśmiechnął się i zaproponował abym to wszystko powiedział szczerze Bogu w modlitwie.

– Ależ ja nie znam innej formy modlitwy niż tzw. „pacierz” czyli zbiór kilku nauczonych wierszyków do deklamacji.

„Mandaryn” wówczas  zaproponował, że on się pomodli swoimi słowami, a ja  – jeśli się z tym zgodzę – zakończę mówiąc AMEN.

Tak oto została przedstawiona Panu Bogu moja sprawa.

Bóg usłyszał, że jestem wdzięczny za Pana Jezusa i jego ofiarę, że przyjmuję śmierć Jego Syna – jako dokonaną za moje grzechy, że chcę aby w związku z tym Bóg zmienił mój dotychczasowy sposób życia na taki, z którego On będzie zadowolony.

Chciałem tego szczerze i „podpisałem” się pod takim wyznaniem „obiema rękami” (czyli zakończyłem tę modlitwę moim mocnym AMEN).

W jednej chwili poczułem się jak nowonarodzony.

Nie rozumiałem wówczas co się stało. (niedługo później zrozumiałem, że nastąpiło właśnie moje Nowe Narodzenie.)

Uznając ofiarę Pana Jezusa jako ofiarę poniesioną za moje osobiste winy, znalazłem się w zupełnie nowej pozycji przed Panem Bogiem. Dając Mu prawo zmieniania mego życia – tak naprawdę otworzyłem się na świat duchowy, w którym zacząłem powoli coraz więcej nie tylko rozumieć ale także doświadczać.

Moje życie zmieniało się nie tylko w odczuciach ale w kwestii dokonywania prawidłowych wyborów, których głównym argumentem od tego momentu był Bóg i  fakt, czy mój wybór będzie zgodny z Jego wolą. Więc aby ją poznawać zacząłem czytać Biblię – Słowo Boże. Stało się ono codziennym przewodnikiem i wręcz podręcznikiem nowego życia.

Wędrowcze – tak cię nazwałem na początku tej historii, skoro się tu zatrzymałeś – proszę Cię pomyśl, dokąd zmierzasz. Może tak jak ja kiedyś, wierzysz w istnienie Boga, ale nie jesteś pewien gdzie się znajdziesz po śmierci. Człowiek bowiem chciałby, aby drzwi do nieba były otwarte dla wszystkich, którzy wierzą w istnienie Boga, ale taka wiara nie wystarczy.

Jezus powiedział, że tylko On jest drogą, jest też bramą do nieba. Nikt bez uznania Go jako swojego osobistego Pana i Zbawiciela nie może się tam znaleźć.

Zaproś Go do swego życia uznając Jego ofiarę dla i za Ciebie, a wówczas mam pewność – kiedyś spotkamy się w Niebie.

Andrzej